28 stycznia 2015

Zdrady - Miniatury Smoka Wawelskiego

1.
Elżbieta pracowała w firmie od niedawna. Trudno powiedzieć, czy znalezienie się w niej można było nazwać awansem. Z pewnością była to jednak duża zmiana. Z niewielkiej firemki, kierowanej przez dwu braci i działającej przede wszystkim na lokalnym rynku, przeszła do może nie jakiejś olbrzymiej korporacji, ale przedsiębiorstwa, które miało rozlicznych klientów rozsianych po całej Europie, realizowało duże projekty, a przede wszystkim było zarządzane w nowoczesny sposób. Zmiana z widzimisię właścicieli na jasne, obowiązujące niemal wszędzie procedury nie pozwalała na dużą elastyczność i kreatywność w miejscu pracy, jednak zarazem dawała pewność, że działa się w sposób właściwy, sprawdzony już w przeszłości i po prostu skuteczny. Zdejmowała też z barków odpowiedzialność za sporo decyzji, które Elżbieta musiała podejmować we wcześniejszym miejscu zatrudnienia.

26 stycznia 2015

Zaginiony artefakt II

– Dokąd? – zapytał Desmond.
– Zabawiłam się. Teraz musimy skorzystać z tylnego wyjścia, bo jak sam widzisz, banda drwali blokuje drzwi – stwierdziła z sarkazmem. – Może wydać ci się to dziwne, skoro nic nie zrobiłeś, ale wydaje mi się, że to ciebie szukam – dodała.
– A co niby miałem zrobić?
– Bo ja wiem? Łaskawie stanąć w mojej obronie – odparła, po czym skierowała się w stronę zaplecza. Karczmarz nawet nie zareagował. Stał jak osłupiały i wcale nie miał zamiaru protestować.
Prawdę mówiąc, to nie jest zły pomysł. Muszę się czegoś o niej dowiedzieć, pomyślał wojownik i ruszył w ślad za dziewczyną. Na zewnątrz przywitał ich chłodny powiem wiosennego wiatru. Zbliżało się dopiero południe, jednak przez zakryte chmurami słońce, dzień wydawał się zbliżać ku końcowi. Nie było w tym nic dziwnego, piękno dnia nie obudziło się jeszcze na dobre z zimowego snu.
– Wyśmienicie posługujesz się łukiem, ciekawe, czy bez niego dałabyś sobie radę – powiedział, gdy już oddalali się od karczmy.

23 stycznia 2015

Julietta. Powodzenie występku. Inicjacje I

Rys. Paul-Emile Bécat
W żadnym szanującym się zbiorze przekładów klasycznych dzieł światowej erotyki nie może zabraknąć prac markiza de Sade. Dlatego też jeden z naszych Tłumaczy postanowił zmierzyć się z tematem. Z okazji premiery "Julietty" Czytelnikom Najlepszej Erotyki należy się uprzedzenie. Opowiadania i powieści de Sade'a były kontrowersyjne zarówno w XVIII wieku, gdy je wydawano, jak i obecnie. Wówczas raziła przede wszystkim pieczołowitość opisu erotycznych zbliżeń, a także jawna amoralność owych dzieł. W dzisiejszych czasach oburzać może natomiast bardzo młody wiek bohaterki w chwili, gdy rozpoczyna swe zmysłowe poszukiwania. Osoby religijne mogą też poczuć się dotknięte słowami ostrej krytyki pod adresem Boga i chrześcijaństwa, a także faktem, że miejscem zawiązania akcji jest żeński klasztor. Tak więc, drodzy Czytelnicy, zostaliście ostrzeżeni. W związku z tym reklamacji nie przyjmujemy!

Tytuł oryginału: Histoire de Juliette ou les Prospérités du vice
Autor: Donatien Alphonse François de Sade
Publikacja: anonimowo, w latach 1797-1801
Autor przekładu: Seelenverkoper

21 stycznia 2015

Lizbona (wersja oryginalna)

Jest to pierwotna wersja opowiadania o tym tytule. Przeczytaj również "Lizbonę" w wersji z 2014 r.

Obudził ją dźwięk esemesa. To „służbowy” telefon. Ucieszyła się, bo już od trzech tygodni nie otrzymywała wiadomości, a co za tym idzie – żadnej pracy. Urlop był czasem wskazany, ale nie aż tak długi.
 
Niespiesznie wstała z łóżka i poszła do łazienki. Powoli rozczesywała długie włosy, potem umyła twarz i zęby, zaczęła poranny rytuał higieny. Niecierpliwiła się na myśl o nowym zadaniu, ale postanowiła jeszcze nie odczytywać wiadomości – lubiła odsuwać w czasie nieznane rozkosze. Weszła pod prysznic, puściła gorącą wodę i powoli zmywała z ciała ślady nocnej senności. Ostrą gąbką szorowała krągłe, jędrne piersi, skórę na płaskim i umięśnionym brzuchu oraz pupie. Mocno wyszorowała się wpierw między udami, potem między pośladkami – zawsze zwracała uwagę na to, by ładnie tam pachnieć.

19 stycznia 2015

K*rwa mać czyli dylematy trzydziestoparolatka z problemami ze wzwodem albo monolog penisa

Je suis Charlie!

Pamiętacie jeszcze Adasia Miauczyńskiego, znaczy się komedie z nim i słynne „dżisus kurwa, ja pierdole”? Nie, to nie ma żadnego związku właściwie, ale zajebiście brzmi na początku opowieści. Więc tak, wczoraj się obudziłem i dotarło do mnie, że nie mam porannego wzwodu. Nie, no nie zrozumcie mnie źle, to się zdarzało po ostrym seksie na dobranoc, śnie erotycznym czy zwykłym waleniu gruchy z powodu bezsenności, ale tym razem to nic z tych rzeczy. No to wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, co Miauczek miał na myśli i co poeta chciał nam przekazać. Że przejebane jest budzić się o poranku z flakiem między nogami. Miedzy innymi znaczy. Dziewczyna na delegacji, a ja nie mogę się wymasturbować. Przynajmniej się po jajkach podrapię.
– Synek! – Słyszę drącą ryja matkę z przedpokoju, więc szybko wyciągam łapę z bokserek i międlę przekleństwo.
– Synek! – drze się dalej. Tak, mieszkamy z moimi rodzicami. Jesteśmy młodymi, zdolnymi z wielkiego miasta i nie stać nas na  kawalerkę. Po prostu nie. Nie mamy też umowy o pracę, ani ambicji na kredyt na czterdzieści lat. Po śmierci. Naszych dzieci. Jeśli nie obniżą stóp procentowych.

16 stycznia 2015

Róża miłości I

Rys. Fameni-Liporini
Drogie Czytelniczki! Drodzy Czytelnicy!

Rozpoczynamy dziś na Najlepszej Erotyce nowy, eksperymentalny projekt – „Przekłady”. W jego ramach będziemy tłumaczyć na język polski i przedstawiać Wam stare i nieco już zapomniane dzieła o tematyce erotycznej, prawdziwe perły gatunku sprzed wieku albo dwóch. Są to często teksty anonimowe, niekiedy przypisywane znanym autorom, którzy jednak nigdy się do nich nie przyznali, a nawet gdy zostały podpisane – to majątkowe prawa autorskie do nich dawno już wygasły.

Odkurzając owe powieści, opowiadania oraz miniatury, jesteśmy bardzo ciekawi, czy mimo lat, które minęły od ich stworzenia, są jeszcze w stanie zaciekawić współczesnych odbiorców. Odpowiedź na to pytanie należy wyłącznie do Was.

Zapraszamy do lektury!

14 stycznia 2015

Siedem pieczęci: Pieczęć pierwsza

Leżę na łóżku. To jeden z tych momentów, kiedy człowiek nie zajmuje się niczym innym, tylko kontemplacją świata lub też przeżytych chwilę wcześniej wydarzeń. Teraz jest czas na spokojne poukładanie sobie wszystkiego, moment na wyciszenie, na ocenę tego, co się stało, na rozmyślanie o tym, jak minione chwile odcisną się na moim dalszym życiu. I czy w ogóle będą miały na nie jakikolwiek wpływ.

Leżę na łóżku nagi. Lubię nagość. Jest mi ona bliska. Nie krępuję się chodzić po domu bez ubrania czy opalać się bez kąpielówek na jednej ze śródziemnomorskich wysp. Jeśli ktoś mnie dostrzeże przez okno – cóż, jego wina, było nie zapuszczać żurawia tam, gdzie nie trzeba. Moje ciało nie jest idealne. Daleko mi do Ryana Goslinga, daleko do Schwarzeneggera. Lubię jednak swoje mięśnie, skórę, swoje dołki i wzniesienia, wszystkie niedoskonałości. Pewnie gdyby ich nie było, to też bym umiał z tym żyć, jednak nie mam kompleksu na punkcie kilku kilogramów za dużo, nie mam problemu z akceptacją siebie. Znam swoją wartość i zdecydowanie nie zamyka się ona w skórze, którą noszę na co dzień. To nie moje ciało decyduje o sukcesach i porażkach, a umiejętności.

12 stycznia 2015

Miniatury Barmana Ravena V

Letnia łąka

Wychowałem się w małej miejscowości w Sudetach. Scenerią mojego dzieciństwa były przysypane śnieżnobiałą kołdrą świerkowe lasy, buchające barwami jesieni zbocza gór i powoli wstające poranne mgły nad polami latem. Okoliczne górki i pagórki znałem jak własną kieszeń. Godziny włóczęgi pozwoliły mi rozpoznawać pojedyncze drzewa, znać zapach różnych części lasu oraz wynajdywać przejścia tam, gdzie pozornie było tylko urwisko. Znałem miejsca gdzie można było spotkać daniele, wiedziałem, gdzie zza czeskiej granicy przychodzą muflony, umiałem unikać ścieżek, gdzie rządziły dziki. To był mój las i moje góry.

Jednak jedno miejsce szczególnie lubiłem odwiedzać.

Tuż pod lasem, na zboczu góry, poprzedzona długą lipową aleją, pomiędzy borem świerkowym a masywem Gór Kamiennych, schowana przed wzrokiem turystów, znajdowała się moja łąka. Nigdy nie koszona, z długą trawą i dziko rosnącymi w kępkach ziołami. Latem można było tu „odlecieć” dzięki samemu tylko zapachowi. W powietrzu unosił się aromat szałwii, tymianku, pokrzywy, mięty, rumianku i wielu innych roślin, których nazwy nigdy nie poznałem, ale których zapach rozpoznam i dziś. Łąka nagrzana w letnim słońcu, wieczorem oddawała ciepło, a wraz z nim całą feerię zapachów, gdzie indziej zupełnie niespotykanych.

9 stycznia 2015

Pokaz dla Anny

Białe ściany domku ukrytego nad brzegiem jeziora prześwitywały pomiędzy drzewami. Nie wiem czemu zdecydowałam się na to spotkanie. Szymon, po tym jak dowiedział się o moim wybryku w czasie imprezy firmowej był najpierw wściekły, a potem... Potem po prostu wyszedł ode mnie z domu i już więcej się nie odezwał.

Po dwóch tygodniach od tej cholernej imprezy, na której wypiłam troszkę za dużo i... co tu ukrywać, poniosło mnie, zadzwonił i poprosił, żebyśmy się właśnie dziś spotkali. Czekała mnie poważna rozmowa. A było z czego się tłumaczyć. Tak – przespałam się z obcym mężczyzną. Tak – zdradziłam go. I teraz właśnie nadchodził ten moment, kiedy mieliśmy sobie wszystko wyjaśnić. Ale nurtowała mnie jedna myśl – po co kazał mi przyjechać do tego domku letniskowego.
 
Okej – okolica była malownicza, spokojna, troszkę odcięta od świata, ale mogliśmy równie dobrze porozmawiać w Warszawie, w moim mieszkaniu. Może to kwestia wyboru "neutralnego gruntu"...? Tak, to chyba to.

7 stycznia 2015

Szalony wyjazd na żagle

Rok dwa tysiące siódmy, początek lipca, sobota godzina szósta rano – jadę do Rucianego-Nidy na żagle. Nareszcie, po kilkunastu latach, mogę wejść na pokład żaglówki. Mój dobry kolega Tomek zaproponował mi wypad na sobotę i niedzielę na Mazury, gdzie w Rucianem-Nidzie stacjonuje jego łódź. Mamy całe dwa dni na pływanie po Mazurach. Całe DWA DNI!! Z radości nucę sobie pod nosem jakieś piosenki żeglarskie, dziś już nie pamiętam jakie. Sobotni poranek powitał mnie o piątej pełnym słońcem i czystym błękitem nieba. Czekało mnie dwieście kilometrów jazdy, na szczęście nie samotnej, bo zabrałem na ten króciutki, dwudniowy wypad moją przyjaciółkę, Monikę. W Rucianem mamy zarezerwowany pokój w niedużym pensjonacie „Róża Wiatrów” – tak na wszelki wypadek, bo przecież na „Futrzaku” (tak nazywa się łódź kolegi) mamy do dyspozycji kabinę z czterema kojami. Z nazwą jachtu wiąże się śmieszna historia. Kilka lat temu rodzina kolegi miała długowłosego kociaka, persa o imieniu Futrzak, a świeżo kupiony jacht typu Sportina miał wykładzinę ze sztucznego futerka na burtach kabiny. Synowie Tomka stwierdzili: jak łódka ma futro, to będzie nazywała się „Futrzak”. I tak już zostało.