30 lipca 2014

Cena zwycięstwa (wersja 2014)

Pisk gumowych podeszw butów. Miękkie, mlaszczące odgłosy piłki, odbijającej się o drewniany parkiet. Krótkie, rwane okrzyki, które mają przekazać koledze z drużyny jakąś ważną informację.
– Podaj!
– Szybciej, lewo!
– Pomoc! Ucieka!
Pozornie totalny chaos. Dziesięć osób, biegających w tę i z powrotem, na pierwszy rzut oka bez ładu i składu. Dla koszykarzy raj na ziemi.

Kinga uwielbiała grać. Nie wiedziała, skąd wzięła się ta miłość, i dlaczego do tej akurat gry. Nie była szczególnie wysoka, ledwie metr siedemdziesiąt. Ani nawet specjalnie uzdolniona. Ale lubiła walkę, szybkość i ten jedyny w swoim rodzaju dźwięk, gdy dobrze rzucona piłka wpadała do kosza, nie dotykając obręczy. Amerykanie mieli na to określenie – swish – które pasowało idealnie.

Od trzech lat grała w drużynie licealnej, jako rozgrywająca i liderka, prowadząc w tym czasie zespół do dwóch finałów ligi wojewódzkiej. Ale gra z dziewczynami była inna. Wolniejsza, miękka, delikatniejsza. A ona lubiła grać z facetami.

28 lipca 2014

Piosenka zza rogu ulicy (cz. II)


Usłyszałem szelest kroków stawianych bosymi stopami, parę metrów za mną, na drewnianej podłodze malutkiego tarasu. Mogło to być albo stadko wygłodniałych myszy polnych robiących rajzę na nieostrożnych turystów, albo ona. Moja Maria. Chryste, jak to pięknie brzmi. Odłożyłem brzytwę, którą się goliłem – zresztą za bardzo mi dziś drżały ręce i starłem resztkę piany z twarzy szorstkim ręcznikiem. Znów rozbolało mnie prawe przedramię. Objęła mnie od tyłu w pasie i zamruczała zachwycona.

– Dzień dobry bardzo! – rzuciłem ze śmiechem do niej, ale i do całego świata, który się znajdował wokół mnie. Przed nami. Uwolniłem się z uścisku, obróciłem ją do siebie i chwyciłem za przedramiona.
– Wiewiórka – wyszeptała do mnie.
– Co proszę? – spytałem zdezorientowany.
– Na drzewie siedziała wiewiórka – powtórzyła, siląc się na powagę. Była ruda i urocza – skwitowała po chwili Maria Rachela, marszcząc nos i przekrzywiając trójkątną główkę.

25 lipca 2014

Ravenscar: Edward

– Jeszcze raz serdecznie dziękuję panu za możliwość spotkania, panie Barkley. To dla mnie naprawdę ważne. – Edward Sewart uścisnął dłoń swojego gospodarza i zaproszony jego gestem usiadł w fotelu.

Ted Barkley uśmiechnął się niemal niezauważalnie.
– Zazwyczaj nie spotykam się z dziennikarzami, ale w tej sprawie przyda nam się każda pomoc, nawet dziennikarska. Gdyby nie to, że spotkaliśmy się już, kiedy opisywał pan historię Olivii Raven i wyraźna sugestia burmistrza, że powinienem z panem porozmawiać, pewnie teraz byśmy tu nie siedzieli. Burmistrzowi bardzo spodobał się pana artykuł o żonie Ravena. Dla mnie przyniósł on więcej szkody niż pożytku. Od czasu jego publikacji zjeżdżają do Scarborough poszukiwacze wrażeń, duchów i innych cudów. Hotele mają klientów nawet poza sezonem, podobnie restauracje, ale dla mnie oznacza to zdecydowanie więcej problemów. Nawet pan sobie nie wyobraża, ile razy moi ludzie muszą interweniować przez głupotę przyjezdnych. Przed pana artykułem to było spokojne nadmorskie miasteczko. Byliśmy odpowiedzialni przede wszystkim za kierowanie ruchem w sezonie, czasem zdarzył się jakiś mandat, ale mundur zawsze darzony był szacunkiem. Dla rozwiązania większości konfliktów wystarczyła zwykle sama obecność policjanta. A ci przyjezdni? Po prostu tragedia. Za nic mają zasady współżycia w społeczeństwie.

23 lipca 2014

Miłości. 8. Niespodzianek ciąg dalszy

Przeczytaj pierwszą część cyklu 

Kuba kompletnie stracił głowę. Najładniejsza dziewczyna na roku nie tylko zwróciła na niego uwagę, nie tylko uwiodła go na imprezie, ale wyraźnie miała chęć na dalszą znajomość. Wprawdzie nie deklarowała niczego wprost, a czasem wręcz dawała sprzeczne sygnały, ale Kuba po prostu zrzucał to na karb kobiecej zmienności. Obserwował ją. Każdy uśmiech, każde skinienie głową, wszystkie bezdotykowe buziaczki, jakimi witała się ze znajomymi bez względu na płeć – widział i usiłował interpretować.

Rzecz jasna większość na swoją niekorzyść. Wszak to nie jemu te uśmiechy przesyłała...

21 lipca 2014

Po prostu niebo cz. 2


List XIV
Marie do Stana
Miałam wczoraj nocne koszmary, co sprawiło, że zadałam sobie pytanie, czy relacja z Tobą jest i pozostanie dla mnie dobra. Dzisiaj, jutro, za tydzień, za miesiąc. Odpowiedź zdaje się prosta – powinnam wycofać się jak najszybciej. Za bardzo to wszystko przeżywam. Zazdrosna o czułość, o wyobraźnię. Sądzę, że moje nastawienie ma  związek z Twoją strategią seksu delikatnego, który mocno odsłonił braki w moim życiu.

Myślę, że spotkań prywatnych więcej nie będzie. Za każdą dotychczasową podnietę - dziękuję. Było dobrze. Potraktuj to proszę jak największy komplement, że w głowie zawróciłeś mi zbyt szybko i zbyt intensywnie. Nie było to planowane.
13 sierpnia 20**

18 lipca 2014

Opowieść helleńska: Demetriusz XXXIII

Autor nieznany
Noc była upalna, zaś pościel niemal parzyła jej skórę. Zrzuciła z siebie koc i leżała naga w dusznej ciemności. Miała zamknięte oczy i lekko otwarte usta. A także rozchylone nogi. Jej oddech był pospieszny i płytki. Czuła, jak kropla potu spływa w dolinę między piersiami. Jej mokry dotyk był jak leniwa pieszczota. Dłoń sama, jakby kierowana własną wolą, zawędrowała między alabastrowe uda i przesunęła po wewnętrznej stronie jednego z nich, ścierając krople wilgoci. Kobieta wyprężyła się cała, spomiędzy warg dobył się cichy jęk. Tak dawno nie była tam już dotykana... ani przez mężczyznę, ani przez niewiastę. Sama również nie próbowała się zaspokoić. Zbyt wiele było utrapień, zbyt wiele spraw wymagających uwagi. Już niemal zapomniała, czym jest przyjemność... Niemal udało jej się zobojętnieć na potrzeby własnego ciała.

16 lipca 2014

Przygody Roberta 2 cz. 3

Kiedy wszystko układa się po naszej myśli, wydaje się, że ograniczenia nie istnieją. Możemy zrobić, co tylko nam się zachce, mając przekonanie i wiarę w sukces. Zupełnie, jakby pech nie istniał, a szczęście samo odnajdywało do nas drogę. Moje życie, co prawda, wciąż jeszcze nie wróciło do normy po obozie, ale ogólnie sprawy przyjmowały dla mnie pozytywny obrót.

Idąc z Mają do domu, kilka chwil po szalonej akcji w dworcowej toalecie, miałem wrażenie, że mogę góry przenosić. Czułem się lekki jak piórko, ze szczęścia wręcz odrywałem się od ziemi. Szliśmy rozpromienieni, z uśmiechem na twarzy. Kompletnie nie zwracaliśmy uwagi na mijających nas ludzi. Perspektywa całej nocy z piękną blondynką, bez widma surowej kary w razie przyłapania, była niezwykle kusząca. Już nie mogłem się doczekać, kiedy zrzucimy ubrania.

Gdy byliśmy tuż przed furtką prowadzącą na moją posesję, napisałem do Agnieszki, że będę spał w swoim domu. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, byłem pewien, że nie będzie miała nic przeciwko.
– Hej! Chyba nie będziesz przy mnie bawić się telefonem? – odezwała się Maja, widząc, że dłubię coś w komórce.
– Przepraszam. Piszę tylko do Agi, że przenocuję tutaj.

14 lipca 2014

Piosenka zza rogu ulicy (cz. I)

To była deszczowa, wrześniowa noc, która nastąpiła po deszczowym, wrześniowym dniu. Właściwie, to woda lała się z nieba bez opamiętania i odrobiny litości od wielu godzin. Gęste strugi odcinały szarymi kotarami moje auto od otaczającego, wiejskiego świata, przez który wlokłem się niemiłosiernie wolno. Smętnie wyrykiwałem piosenkę Waitsa o domu, w którym nikt już nie mieszka i wracałem do domu, w którym już nie mieszkałem. Nagle zauważyłem kątem oka drobną sylwetkę na chodniku i zanim odbiłem w lewo pokryłem ją od stóp do głowy wodą z kałuży. Przejechałem jeszcze dwieście metrów zanim wyhamowałem. Zakląłem cicho, wyłączyłem radio, wrzuciłem wsteczny i wsłuchując się w ryk silnika, zbliżyłem do mojej, sparaliżowanej ofiary. Uchyliłem okno od strony pasażera, zapamiętale kręcąc korbką i krzyknąłem:

11 lipca 2014

Aleja 69 (Areia Athene & Foxm)

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, miejsc i zdarzeń – czysto przypadkowe.

Był mroźny majowy poranek. Czarny Chevrolet Impala przemknął przez dawną dzielnicę fabryczną i z piskiem opon zatrzymał się przed bramą do jednej z posesji. Widoczne za ogrodzeniem budynki wyglądały na całkowicie zniszczone i opuszczone wiele lat wcześniej. Na odrapanej ścianie największego gmachu z trudem można było odczytać namalowany farbą napis – Aleja... 69. Środkowa część adresu była niemożliwa do rozszyfrowania.
Po minucie zardzewiała brama drgnęła i otworzyła się zapraszająco. Samochód podjechał pod dawną halę produkcyjną. Kierujący nim młody, przystojny brunet kiwnął głową ochronie i niezatrzymywany przez nikogo spokojnie wjechał do wnętrza starej hali, pełniącej obecnie funkcję parkingu.
Wszyscy już są, pomyślał, rozglądając się w poszukiwaniu miejsca do parkowania. Ostatecznie zaparkował swojego lśniącego Chevroleta obok bladoróżowej Alfy Romeo.
Wysiadł z auta, zabierając ze sobą elegancką czarną teczkę. Przeszedł przez całą szerokość parkingu i dotarł do sprytnie zamaskowanej windy. Otworzył drzwi, wszedł do środka i szybko wystukał na klawiaturze swój ośmioznakowy kod dostępu. Winda drgnęła i powoli potoczyła się w dół.

9 lipca 2014

Miłości. 7. Lekarstwo na stres

Przeczytaj pierwszą część cyklu

Niewiele czasu potrzeba było, żeby Marcel się pozbierał po ataku chandry, jaka dopadła go w zeszłym tygodniu. Znów stał na nogach, dosyć zdziwiony swoim zachowaniem i czarnymi myślami, jakie go wtedy nawiedzały. Miał się za silnego, twardego faceta, swoje w życiu przeszedł i użalanie się nad sobą bez sensownego powodu uważał za tchórzostwo.

A on przecież powodu nie miał. Żył jak chciał, wygodnie i bez większych problemów. I lepiej, żeby tak pozostało. Stwarzanie diabła tam, gdzie go nie ma, nie prowadzi do niczego dobrego.

Do klubu zagnała go ciekawość. Wprawdzie poprzedni piątek przegapił, ale nie zaszkodzi sprawdzić, czy zapoznana dwa tygodnie temu dziewczyna stęskniła się za nim. Co prawda na koniec zwyczajnie go spławiła, ale z dziewczynami tak bywa – nie zawsze wiedzą, czego chcą, a jeśli nawet wiedzą, zmieniają zdanie ot tak, bez przyczyny.