![]() |
| Edouard-Henri Avril, "De figuris veneris 15" |
„Teraz, po Gaugameli,
nawet Spartanie zmądrzeją”.
Wypowiadając te słowa
na bankiecie u Aspazji, Kassander nie wiedział, jak bardzo się mylił. Spartanie
bynajmniej nie zmądrzeli. Gdy wieść o kolejnym triumfie Aleksandra dotarła do Lacedemonu,
nie wywarła tam żadnego wrażenia. Posłowie króla Agisa nadal krążyli po Peloponezie,
szukając poparcia dla idei antymacedońskiej ligi. I poparcie to znajdowali. Prócz
mieszkańców Elidy wyrazili je także Arkadyjczycy i Achajowie. W samym Koryncie wielu
było takich, którzy aż palili się, by podnieść broń przeciw okupantom. Bardziej
ostrożni studzili jednak ich zapał, wskazując ku akrokorynckiemu wzgórzu, na którym
wznosiła się twierdza macedońskiego garnizonu.
Trzeba przyznać, że nie
tylko Kassander popełnił błąd. Jego pobratymcy również nie docenili Lacedemończyków,
ich odwagi, determinacji, a nade wszystko – krótkowzroczności i ciasności horyzontów.
Macedończycy, przyzwyczajeni
przez Aleksandra do wielkości, nauczyli się patrzeć na świat z perspektywy imperium.
Gdy podbija się takie krainy, jak Azja Mniejsza, Syria, Egipt czy Babilonia, łatwo
zapomnieć o jednym lub kilku małych, biednych miasteczkach na zapomnianych krańcach
Hellady. Spartanie zaś rozumowali dokładnie tak samo, jak sto lat wcześniej. Dla
nich jedynym punktem odniesienia była Grecja, a ściślej – południowa jej część:
Peloponez, Attyka, Morze Egejskie. Nie emocjonowali się wydarzeniami w Mezopotamii,
w której ostatni Spartanin postawił stopę 70 lat temu – w ostatnich dniach Marszu
Dziesięciu Tysięcy, którego przebieg zrelacjonował ateński historyk Ksenofont. Nie
interesowało ich, czy Aleksander wkroczył już do Babilonu, Suzy czy Persepolis.
Jedyne, co ich obchodziło, to macedońskie garnizony w Koryncie i pomniejszych miastach
Peloponezu. I to, jak je czym prędzej usunąć, przywracając Hellenom wolność.
Kilka tygodni po sympozjonie
u hetery Aspazji, Kassander otrzymał list o następującej treści:
„Kassandrowi, namiestnikowi
Koryntu, Antypater, wódz naczelny Hellady, pozdrowienia.
Ufam, że jesteś w dobrym
zdrowiu i że szczęście ci sprzyja. Jak dobrze wiesz, sytuacja na Peloponezie stała
się niebezpieczna. Spartan trzeba powstrzymać. Niestety, ja nie mogę uczynić tego
osobiście. Memnon, wielkorządca Tracji, zbuntował się przeciw mojej władzy. Jeśli
odwrócę się do niego plecami, sama Macedonia będzie zagrożona. Muszę zatem najpierw
stłumić jego rebelię.
Dopóki nie powrócę z
Tracji, musisz radzić sobie sam. Udzielam ci wszystkich pełnomocnictw, militarnych
i finansowych. Pod moją nieobecność ty uosabiasz władzę króla Aleksandra w południowej
Helladzie.”
Kassander nie był dość
naiwny, by cieszyć się z tego awansu. W istocie Antypater zostawiał go na pastwę
Spartan – z siłami zbyt szczupłymi, by mógł stawić im czoło. Macedończyk nie zwykł
jednak załamywać się w obliczu niebezpieczeństw. Postanowił zrobić wszystko, co
w jego mocy, by wykonać zawarty w liście rozkaz.
Następny miesiąc spędził
poza Koryntem. Pozostawił twierdzę pod komendą Polidamesa, tesalskiego dowódcy jazdy.
Ufał mu zdecydowanie bardziej niż arystokracie Koragosowi. Tego ostatniego zabrał
ze sobą, by mieć na niego oko. Ruszyli tylko z niewielką świtą w objazd po miastach
Attyki i północnego Peloponezu, dokonując przeglądu tamtejszych macedońskich garnizonów.
Kassander narzucał swą wolę poszczególnym dowódcom, którym wcale nie musiało się
podobać jego wyniesienie. Zmuszał żołnierzy, zgnuśniałych w czasie pokoju, do zwielokrotnienia
treningów. Tam, gdzie było to konieczne, zapędzał ich do remontu zaniedbanych umocnień.
Wysłał swych oficerów werbunkowych na wyspę Rodos, by zaciągnęli jak najwięcej wyśmienitych
procarzy. Posłał także ludzi do Tesalii, by zwiększyć swój kontyngent ciężkiej konnicy.
Chciał również mieć więcej Traków, lecz bunt Memnona uniemożliwił ich zaciąg. Musiał
zatem zadowolić się kontyngentami Związku Helleńskiego, do których dostarczenia
zobowiązane były miasta greckie. Wymagało to odwiedzenia każdej z podległych Macedonii
poleis i zmuszenie miejscowej oligarchii lub zgromadzenia ludowego, do wywiązania
się z podjętych nie tak dawno zobowiązań.
Nie szło to wcale łatwo.
Wielu „sojuszników” w istocie sprzyjało po cichu Sparcie. Starali się wymigiwać
od udzielenia Kassandrowi realnej pomocy, zbyć go obietnicami, jak najszybciej pozbyć
się go ze swych miast. Czasem Macedończyk musiał terroryzować lokalnych zarządców,
obrzucając ich wyzwiskami i grożąc śmiercią. Innym razem – za radą Koragosa, bardziej
biegłego w politycznych intrygach – wręczał im łapówki lub obiecywał wsparcie przeciw
wrogiej frakcji. W niemal każdej polis istniało kilka zwalczających się stronnictw.
Niektóre z nich były skłonne przyjąć nawet macedońską pomoc, byle tylko pokonać
rywali i uchwycić w swoje ręce władzę.
Podczas tego męczącego
miesiąca, pełnego podróży, negocjacji, a czasem wręcz gorszących burd, Kassander
rzadko miał okazję zaspokoić pożądanie, które przecież nie przestało palić jego
lędźwi. Większości miast, które odwiedzał, daleko było do Koryntu, z jego przebogatą
ofertą domów rozpusty i wykwintnych heter. W Megarze musiał zadowolić się podłym
burdelem przy porcie. Dziewczyna, z której usług tam skorzystał, nie mogła równać
się z Likajną czy Mnesarete, nie wspominając już o Aspazji. Przypomniały mu się
dawne czasy, gdy jako zwykły żołnierz wydawał żołd na portowe dziwki i rozwodnione,
liche wino.
W przydrożnej tawernie,
dzień drogi od Argos, Kassandrowi wpadła w oko córka gospodarza. Po wieczerzy, którą
podała z gracją i skromnością, kazał ją sobie przysłać do sypialni. Jej ojciec trochę
się przed tym wzbraniał, lecz gdy Macedończyk wcisnął mu w dłoń srebrną tetradrachmę,
zapomniał o wszelkich zastrzeżeniach. Młodziutka czarnulka o mocno kręconych lokach
okazała się dziewicą. Pomimo lęku i niedoświadczenia dostarczyła mu jednak sporo
rozkoszy. Później Kassander dziwił się, że karczmarz oddał mu ją tak tanio. Najwyraźniej
obawiał się, że jeśli nie wyrazi zgody, zarządca korynckiego garnizonu po prostu
ją sobie weźmie, nie pytając go o zdanie. I nie zostawiając nawet złamanego obola.
Niedaleko Sykionu Macedończycy
natknęli się na rozbójników. Wiedli oni do swej kryjówki dwoje ludzi uprowadzonych
gdzieś na trakcie: podeszłego w latach mężczyznę i jego znacznie młodszą żonę. Kassander
natarł na bandytów, którzy rzucili się do ucieczki. Sam zabił dwóch, jego ludzie
wyrżnęli pozostałych. Oswobodzony starzec wylewnie dziękował im za ocalenie, zapewniając
o swej głębokiej wdzięczności. Kassander przyjrzał się jego małżonce, która miała
jeszcze więcej powodów do podziękowań – gdyby nie jego interwencja, padłaby zapewne
ofiarą wielokrotnego gwałtu. Postanowił zatem potraktować wyrazy wdzięczności dosłownie.
Jeszcze tej samej nocy młoda kobieta grzała mu posłanie.
Były to jednak nieczęste
atrakcje, urozmaicające żmudną i mozolną wędrówkę po Argolidzie, Achai i Attyce.
Gdy po miesiącu Kassander wjeżdżał do Koryntu przez Istmijską Bramę, był wyczerpany,
wściekły na zdradliwych i zniewieściałych Hellenów, a nade wszystko – spragniony
kobiety. Nie jakiejś niedomytej ladacznicy z burdelu dla marynarzy – miał głęboką
nadzieję, że ten okres jego życia dobiegł już kresu. Chciał dziewczyny ładnej, pachnącej
i chętnej.
Dlatego też odesłał większą
część swego oddziału na akrokorynckie wzgórze, sam zaś w eskorcie dwóch Tryballów
skierował się w zupełnie inną stronę. Nieopodal bramy mieszkała jedna z jego utrzymanek
– Tais, czarnowłosa piękność rodem z Beocji. Postanowił ją odwiedzić prosto z drogi,
bez stosownej zapowiedzi czy choćby uprzedzenia. Uważał, że jego kobiety powinny
być zawsze gotowe na ugoszczenie go w taki sposób, by nie miał najmniejszych powodów
do narzekań.
Dom, który wynajął dla
Tais, był całkiem przestronny, piętrowy, z wewnętrznym dziedzińcem. Podobnie jak
inne domostwa w Koryncie, od strony ulicy okna miał jedynie na piętrze. Kassander
zeskoczył z konia, Tryballowie poszli w jego ślady. Rzucił jednemu z nich wodze,
następnie podszedł do drzwi z malowanego na niebiesko drewna i uderzył w nie kilkakroć
zaciśniętą pięścią. Po kilku chwilach podwoje uchyliły się lekko i przez szparę
wysunęła się głowa o krótko przystrzyżonych włosach i licach bez śladu zarostu.
– Pan Kassander! – zawołał
Rimusz, syryjski niewolnik, otwierając szeroko drzwi przed Macedończykiem. Dostrzegł
za plecami Kassandra wierzchowce, obrócił się zatem i krzyknął: – Meszalim, zajmij
się końmi czcigodnego pana!
Meszalim również był
Syryjczykiem, na oko mógł mieć około piętnastu lat. Przemknął obok Rimusza, ukłonił
się przed Kassandrem, a potem zajął się tesalskimi rumakami. Podobnie jak u Rimusza,
jego policzki wolne były od zarostu. Obaj byli bowiem eunuchami.
Moda na tych szczególnych
niewolników zaczęła się w Helladzie na długo przed wyprawą Aleksandra na Wschód.
Ci niepełnowartościowi mężczyźni, w dzieciństwie pozbawieni genitaliów (czasem tylko
jąder, częściej jednak całego penisa), świetnie nadawali się na zaufanych powierników.
Pan domu mógł im spokojnie oddać pod opiekę swoje kobiety, bez lęku o to, że sługa
zostanie przez nie uwiedziony lub zechce sam skorzystać z sytuacji.
Niektórzy właściciele
czynili eunuchów swymi kochankami. Kassander zupełnie tego jednak nie pojmował.
Po cóż zabawiać się z namiastką kobiety, gdy wokół tyle było kobiet prawdziwych?
Wraz z macedońskimi podbojami
w Azji, możliwe stało się sprowadzenie do Grecji już nie setek, ale tysięcy eunuchów,
którzy w większości pochodzili z Syrii oraz Babilonii. Co za tym idzie, ich cena
spadła, dzięki czemu stali się niemal powszechnie dostępni. Kassander mógł
zatem bez narażania się na nadmierne wydatki wypełnić domy swych utrzymanek służbą
złożoną z gładkolicych niewolników. Lojalnych przede wszystkim wobec niego – ich
właściciela.
Gdy Meszalim prowadził
wierzchowce do stajni, Rimusz zaprosił Kassandra i jego eskortę do przestronnego
przedpokoju. Był on jasno oświetlony lampami oliwnymi, gdyż nad Koryntem zapadał
już zmierzch. Stąpali po gustownej mozaice, przedstawiającej Heraklesa ścigającego
łanię kerynejską.
– Tais, jak sądzę, w
domu? – spytał Kassander.
– Naturalnie, panie –
odparł z uśmiechem Syryjczyk. Macedończyk skarcił się w duchu za zadawanie głupich
pytań. Gdzież miała się udać niewiasta o zachodzie słońca? Tylko nierządnicom wolno
było przebywać nocą na ulicach. Wolnym kobietom prawo nakazywało pozostanie w domu,
najlepiej w przeznaczonej dla nich komnacie – gynajkejonie. W tym szczególnym domu
nie było jednak jasno wyznaczonego gynajkejonu ani andronitisu, pokoju mężczyzn.
Cały budynek był do wyłącznej dyspozycji Tais.
Kassander znał rozkład
pomieszczeń, nie musiał zatem korzystać z pomocy niewolnika, by trafić na piętro,
do sypialni swej kochanki. Polecił swoim trackim gwardzistom pozostać w przedpokoju,
eunuchom zaś kazał przynieść im wieczerzę. Następnie minął Rimusza i wszedł do głównej
komnaty parteru, skąd wiodły schody na wyższą kondygnację.
Tu powitała go nieznana
mu dziewczyna w błękitnym chitonie.
Kassander był pewien,
że nigdy przedtem jej nie widział. Z pewnością zapamiętałby te lśniące brązem włosy,
związane w warkocz sięgający jej aż do pośladków. Te duże i błyszczące oczy o barwie
świeżych, wiosennych liści. Lekko wystające kości policzkowe, twarz w kształcie
serca, drobny nosek. I różowe wargi, lekko teraz rozchylone, gdy przyglądała się
Macedończykowi. Mogła mieć czternaście, może piętnaście lat, z pewnością nie więcej.
Nie wiedzieć czemu przywodziła mu na myśl córkę oberżysty spod Argos. Była jednak
od niej znacznie ładniejsza.
Przepasany w talii chiton
w stylu doryckim okrywał jej ciało. Spoglądając na to, jak na niej leżał, Kassander
mógł się domyślić, że dziewczyna nie ma zbyt dużego biustu, zaś jej biodra są szczupłe
i nie w pełni jeszcze rozkwitłe. Już teraz jednak było w niej coś niezwykle podniecającego.
Za kilka lat, gdy jej ciało w pełni się rozwinie, będzie mieć prawdziwie posągową
figurę.
– Witaj, panie – rzekła,
skłaniając przed nim głowę. – Jesteś, jak się domyślam, kochankiem mojej pani, pięknej
Tais...
– Dobrze się domyślasz
– odparł Macedończyk, wciąż sycąc oczy jej widokiem. – A kim ty jesteś, podlotku?
– Na imię mi Chloe –
odparła, niezrażona lekką drwiną w głosie Kassandra. – Jeśli pozwolisz, zaprowadzę
cię do niej.
Choć znał dobrze drogę,
nie zamierzał protestować. Choćby dlatego, że idąc za Chloe po schodach, mógł z
bliska obejrzeć sobie jej opięty błękitną tkaniną kształtny tyłeczek. Wciąż jeszcze
trochę za wąski, jak na jego gust, mający jednak przed sobą wspaniałe perspektywy.
Tais siedziała w wiklinowym
fotelu w swojej sypialni. Miała na sobie piękny, czerwony chiton haftowany złotą
nicią. Głęboki dekolt ukazywał półkule jej obfitych piersi. Suknia podwinięta była
teraz aż do kolan. Na podłodze przed nią klęczał jeden z eunuchów, jeszcze młodszy
od Meszalima. Masował powoli jej bose stopy, przynosząc kobiecie wyraźną przyjemność.
Na widok Kassandra wkraczającego
do komnaty uśmiechnęła się radośnie.
– Wróciłeś! – zawołała,
podnosząc się energicznie z fotela. Chłopiec natychmiast zaprzestał masażu (unikając
przy tym zdeptania swej dłoni przez wstającą niewiastę) i dyskretnie się wycofał.
– Oczywiście – odparł
Macedończyk, wciąż jeszcze odziany w ciężki płaszcz podróżny, brązowy napierśnik
i nagolennice. – Chyba nie wątpiłaś?
Szybko pokonał dzielący
ich od siebie dystans, objął silnym ramieniem wiotką talię Tais, przyciągnął ją
ku sobie i ucałował. Jej pełne, ciepłe wargi rozchyliły się przed nim. Wsunął między
nie swój język, ona przyjęła go chętnie.
Gdy ich usta odsunęły
się od siebie, Kassander dostrzegł, że Tais marszczy lekko nos. Uśmiechnął się tylko,
widząc ten bezwiedny grymas. Wiedział dobrze, jaka woń bije od niego po kilku ostatnich
dniach spędzonych na gościńcu i nocach w podłych tawernach lub pod gołym niebem.
Beotka musiała teraz wciągać w nozdrza nie tylko zapach jego własnego potu, ale
i potu jego tesalskiego wierzchowca.
– Kazałam zagotować wodę
na kąpiel – oznajmiła, a w jej oczach błysnęła iskierka nadziei. – Czy zechcesz
wziąć ją razem ze mną?
– Z przyjemnością – odparł.
– Ostatnią przyzwoitą łaźnię odwiedziłem przed tygodniem.
– Potrzeba nam zatem
dużo więcej wrzątku. I pojemniejszej balii. Chloe, zajmij się tym – rzuciła mu przez
ramię Tais. Kassander dopiero teraz sobie uświadomił, że młoda dziewczyna cały czas
stała o kilka kroków za nim, podczas jego powitania z kochanką. Nie zastanawiał
się jednak nad tym zbyt długo.
Tais zaczęła go rozbierać.
Miała w tym dużą wprawę. Zaczęła od skórzanego, nabijanego żelazem pasa z mieczem,
który odłożyła na pobliski stół. Następnie rozpięła ciężkie, żelazne klamry podtrzymujące
płaszcz. Gdy ten osunął się na podłogę (a raczej na przykrywający ją perski dywan
o geometrycznym wzorze), zajęła się wiązaniami pancerza. Kassander poddawał się
w spokoju jej zabiegom, przyglądając się ślicznej Beotce. Czuł, że jego członek
zaczyna już twardnieć. Sama bliskość tej niewiasty tak na niego działała. Wkrótce
zaś oboje nadzy legną w balii pełnej ciepłej wody...
Rozpięła mu pancerz.
Kassander pomógł jej odłożyć go na stół, nieopodal pasa i miecza. Był już teraz
tylko w krótkiej tunice w purpurowej barwie królestwa Macedonii. Usiadł wygodnie
w wiklinowym fotelu Tais, ta zaś uklękła u jego stóp i zaczęła rozpinać mu sandały.
Macedończykowi przypomniał się początek cudownej nocy spędzonej z Aspazją. Przez
chwilę bawił się myślą, czy nie unieść bosej stopy do ust Tais i nie kazać jej ją
ucałować. Szybko się jednak opanował. Aspazja była przecież dziwką. To prawda, że
luksusową – ale jednak tylko dziwką, niewiele lepszą od niewolnej porne. Jego kochanka
zasługiwała wszakże na lepsze traktowanie.
– Tęskniłeś? – spytała
Tais, zsuwając mu z nogi pierwszy sandał.
– Wątpisz w to?
– Znam cię, Kassandrze
– Beotka uniosła głowę i niespodziewanie spojrzała mu w oczy. Przez chwilę wytrzymała
jego spojrzenie, potem opuściła głowę. – Pewnie miałeś przez ten czas z tuzin innych
kobiet.
– Zapewniam cię, że znacznie
mniej – odparł zgodnie z prawdą. Nigdy nie odczuwał potrzeby okłamywania żadnej
ze swych kochanek. Znały go i miały świadomość tego, jak wielkie ma potrzeby. Wiedziały
zarówno o sobie nawzajem, jak i o jego wizytach u heter czy w domach rozpusty. Każda
z nich musiała się pogodzić z takim stanem rzeczy. Akceptacja dla jego nieposkromionych
apetytów była niepisanym warunkiem związku z Kassandrem.
– Ale żadna z nich nie
mogła równać się z tobą – dodał po chwili, również zgodnie z prawdą. Tais zsunęła
mu sandał z drugiej stopy.
– Dziękuję – odparła,
posyłając mu lekki uśmiech, – miło to usłyszeć.
– A ty byłaś mi wierna
przez ten długi miesiąc? – spytał Macedończyk, spoglądając na nią z góry. Tais wciąż
klęczała u jego stóp, on zaś mógł do woli zaglądać w jej głęboki dekolt.
– Nie spałam w tym czasie
z żadnym mężczyzną – znów spojrzała mu w oczy, by podkreślić szczerość w swoich
słowach, – możesz spytać każdego z eunuchów.
– Nie muszę, moja beocka
czarnulko. Ufam ci i bez tego.
– Nie masz mi za złe,
że kupiłam Chloe? – spytała nagle Tais, z lekko skrywanym niepokojem w głosie. –
Gdy cię nie było, osa użądliła jedną z mych niewolnic w szyję. Biedactwo skonało
z głową na moich kolanach... Pochowałam ją w ogrodzie za domem, a potem musiałam
kupić następną. Wiesz, że potrzebuję kobiecej służby...
– Naturalnie – odparł
Kassander, zdziwiony lekko tym potokiem słów. – Musisz mieć niewiasty, by cię ubierały,
myły, malowały i czesały. Musisz mieć służbę odpowiadającą twej randze i pozycji.
Nigdy nie skąpiłbym ci na to środków. Jesteś przecież moją kobietą.
– Nie zapłaciłam zbyt
dużo – dodała jeszcze Tais. – Dziewczyna nie była już dziewicą... więc kupiec spuścił
nieco z ceny.
– Jej dziewictwo interesuje
mnie równie mało, jak jej cena – Kassander nie widział potrzeby, by dalej o tym
mówić. Zauważył, że Tais wyraźnie poweselała. Widać już mocno przywiązała się do
młódki.
W tym momencie zasłona
w drzwiach uniosła się i do sypialni zajrzała Chloe.
– Woda zagotowana, pani
Tais – oznajmiła, w nietypowy sposób zwracając się do swej właścicielki po imieniu.
Kassander zmarszczył lekko brwi i miał już udzielić dziewczynie ostrej reprymendy.
Spostrzegł jednak, że jego kochanka nic sobie nie robi z takiej poufałości.
– Wspaniale... Każ wnieść
balię.
Chloe zniknęła na chwilę
w drzwiach. Zaraz jednak wróciła, wiodąc prawdziwy korowód eunuchów. Trzech niosło
pokaźnych rozmiarów okrągłą wannę wykonaną z drewna. Musieli ją przechylić na bok,
by przedostała się przez otwór wejściowy. Miała co najmniej cztery łokcie średnicy,
miejsca w niej wystarczyłoby i na pięć osób, gdyby usiadły naprawdę blisko. Następni
słudzy taszczyli wiadra z ukropem i zimną wodą. Opróżniali kolejne wiadra, aż wreszcie
woda w balii osiągnęła odpowiednią temperaturę – była gorąca, lecz nie na tyle,
by parzyć.
Jeden z eunuchów pomógł
Kassandrowi pozbyć się tuniki. W tym czasie Chloe rozbierała Tais. Macedończyk pierwszy
wszedł do wanny. Parująca mocno woda otuliła jego kolana, uda, genitalia, biodra...
Z westchnieniem przyjemności usiadł, opierając się o brzeg balii. Patrzył, jak całkiem
naga Beotka dołącza do niego. Poczuł, że jego erekcja przybiera jeszcze na sile,
gdy jego oczy spoczęły na jej dużych, kształtnych piersiach zwieńczonych sporymi
sutkami, płaskim brzuchu, rozłożystych biodrach, łonie, na którym pozostawiła tylko
wąski paseczek włosów tuż nad szparką. Tais zanurzyła się również w ciepłej wodzie,
siadając naprzeciwko niego, tak że ich kolana się stykały. Rozchyliła uda szeroko
i dość nieskromnie, lecz woda skryła jej najwspanialszy skarb – na pocieszenie Kassander
mógł do woli przyglądać się biustowi.
– Odejdźcie – rzuciła
władczo do niewolników. Ci szybko opuścili komnatę, z wyjątkiem Chloe, która zdawała
się uważać, że rozkaz jej nie dotyczy. Kassander spojrzał na dziewczynę lekko zirytowany.
– A ty na co czekasz?
– Och, pozwól jej zostać
– poprosiła Tais, – potrzebujemy przecież kogoś, by nas umył.
– Ty możesz umyć mnie,
jak już nieraz to czyniłaś – odparł Macedończyk, – a potem ja zrobię to samo dla
ciebie.
– Nie wolisz patrzeć,
jak ona to robi? – spytała Tais, opierając się łopatkami o brzeg wanny i wypinając
lekko piersi do przodu. Chloe podeszła do balii, klęknęła za plecami Beotki i położyła
dłonie na jej ramionach.
Macedończyk spoglądał
na nie z uwagą. Wreszcie dotarło do niego kilka szczegółów, których przedtem nie
zarejestrował, podniecony perspektywą rychłego zbliżenia z Tais. Niepokój, z jakim
Beotka spytała go o to, czy nie gniewa się o kupno Chloe... Wyraźna poufałość z
niewolnicą... „Nie spałam w tym czasie z żadnym mężczyzną”... Palce Chloe bawiące
się teraz włosami Tais... Przed oczyma Kassandra znów stanęły freski zdobiące ściany
sypialni Aspazji. Zwłaszcza jeden z nich, zatytułowany „Safona
z Lesbos i Mnasidike”. Przedstawiał on dwie uprawiające miłość kobiety. Lizały wzajemnie
swoje łona, zaś dłonie każdej z nich gładziły ciało kochanki. Przypomniał sobie,
jak, oglądając fresk, uznał, że chętnie zobaczyłby coś takiego w rzeczywistości.
Właściwie, nie powinien się nawet dziwić temu, co przed sobą widział. Tylu Hellenów
lubuje się przecież w przystojnych chłopcach, przedkładając ich pieszczenie nad
spółkowanie z niewiastą. Tebański Święty Zastęp, który Macedończycy wycięli w pień
pod Cheroneą, składał się wyłącznie z par wojowników-kochanków. Byłoby zdumiewające,
gdyby między kobietami nie rodziły się podobne więzi... zwłaszcza gdy spędzają
ze sobą tyle czasu, zamknięte w domach nakazem prawa i tradycji.
Kassander poczuł, że
jego członek staje się jeszcze twardszy. Uniósł spojrzenie na Chloe.
– Rozbierz się i dołącz
do nas, niewolnico.
Dziewczyna uśmiechnęła
się łobuzersko. Nieco zbyt bezczelnie, jak na jego gust. Zanotował sobie w pamięci,
by rano kazać Rimuszowi ją wychłostać. Tymczasem jednak przyglądał się z uznaniem,
jak szybko i sprawnie Chloe pozbywa się chitonu, który niczym barwny motyl spływa
na podłogę komnaty. Tak jak podejrzewał, miała nieduże, ale kształtne piersi ze
szpiczastymi sutkami. Jej łono pokrywał delikatny meszek włosków. Podeszła do balii
i weszła do niej, siadając w ciepłej wodzie po prawicy Kassandra i po lewicy Tais.
Macedończyk uniósł rękę
i położył dłoń na drobnej piersi niewolnicy. Zacisnął na niej powoli palce. Jędrne,
przyjemne w dotyku ciało. Chloe syknęła cicho z bólu. Była zapewne nawykła do delikatniejszych
pieszczot Beotki. Kassander lekko rozluźnił palce, nie przestał jednak bawić się
jej sutką.
– Chcesz, byśmy cię teraz
umyły? – spytała Tais, przyglądając im się uważnie. Czy była nieco zazdrosna o swoją
kochankę? W takim razie czemu prosiła, by pozwolił Chloe zostać?
– O tak – powiedział
Kassander, wypuszczając z dłoni pierś młodziutkiej dziewczyny. Podniósł się i stanął
na środku balii, ociekając wodą. Tais również się podniosła. Odchodząc, eunuchowie
pozostawili na stołku nieopodal wanny dwie kostki mydła z olejku cyprysowego. Beotka
wskazała je Chloe, niewolnica zaś zanurzyła jedną z nich w wodzie i zaczęła sobie
mydlić dłonie.
Kassander stał nieruchomy
niczym posąg olimpijskiego boga. Jego muskularne, pokryte bliznami ciało lśniło
od wody, która spływała mu po piersi i udach grubymi kroplami. Penis unosił się
w pełnym wzwodzie ponad mokrą gęstwiną włosów łonowych. Tais stała przed nim i zaczęła
oburącz mydlić mu tors. Chloe zajęła miejsce za jego plecami, zaś jej drobne dłonie
przesuwały się po jego barkach. Dotyk dwóch kobiet sprawiał, że Kassander prędko
zapomniał o znużeniu, tygodniach w drodze, twardych posłaniach, na których przyszło
mu spędzać samotne noce. Zmęczenie spływało z niego wraz z pyłem podróży i kurzem
gościńca.
Beotka postąpiła krok
ku niemu. Jedną ręką wciąż przesuwała mu po torsie, w górę i w dół. Drugą, wciąż
ociekającą mydlinami, zsunęła niżej. Objęła palcami jego członek i zaczęła go masować,
powoli, miarowymi ruchami. Macedończyk wciągnął mocno powietrze w nozdrza. Poczuł,
że i Chloe się przybliża. Gdy jej jędrne piersi dotknęły jego pleców, pojął, że
i one są namydlone.
Wciąż pieszcząc jego
męskość, Tais osunęła się niżej. Uklękła w wannie i wolną ręką mydliła mu teraz
brzuch. Dłonie Chloe zsunęły się na jego pośladki. Teraz ugniatała je w palcach,
najwyraźniej rozkoszując się ich twardością. Kassander wcale się nie dziwił, że
nie była już dziewicą – sprawiała wręcz wrażenie bardzo dobrze zaznajomionej z męskim
ciałem.
Jego beocka kochanka
znów sięgnęła po mydło. Teraz jednak zaczęła pocierać je o swój biust. Po chwili
cały ociekał pianą. Uniosła się nieco, znów objęła jego członek palcami i nakierowała
go między swe piersi. Kassander patrzył, jak pokaźnych rozmiarów penis zagłębia
się między nie. Tais wzięła swój biust w dłonie i ścisnęła go mocno, więżąc jego
męskość. Zaczęła poruszać się w górę i w dół, masując go w ten sposób. Tymczasem
Chloe uklękła za nim. Opłukała wodą jego pośladki i zaczęła mu myć uda.
Macedończyk spoglądał
z góry na Tais, która pochyliła teraz głowę. Za każdym razem, gdy żołądź jego męskości
wysuwała się spomiędzy jej krągłych piersi, na chwilę brała ją w swe usta i szybko
oblizywała. Jego podniecenie jeszcze wzrosło. Sięgnął za siebie ręką, chwycił Chloe
za włosy i przyciągnął dziewczynę do swych pośladków. Zaczęła je posłusznie całować
i lizać, nie omijając też zagłębienia między nimi. Z ust Kassandra dobył się zduszony
jęk. Czuł, że zbliża się jego pierwszy orgazm.
Jego szczytowanie było
nagłe i chyba niespodziewane dla Tais. Pierwszy, obfity wytrysk trafił w całości
w rozchylone usta Beotki. Następne strumienie spermy zaczęły się rozlewać po jej
namydlonych piersiach. Ścisnęła je ku sobie mocniej i wciąż pocierała nimi jego
męskość, Kassandrem zaś wstrząsały kolejne fale orgazmu. Czuł wilgotne liźnięcia
i lekkie ukąszenia Chloe na swym pośladku. Wydawało się, że rozkosz nie będzie mieć
końca.
Wreszcie jednak ostatnia
kropla nasienia spłynęła na biust Tais. Jej piersi były całe w pianie i w jego spermie.
Spoglądając na niego z uśmiechem, rozcierała sobie po nich ową mieszankę. Kassander
cofnął się o krok, ustawił bokiem do Beotki. Wciąż na nią patrząc, przyciągnął Chloe
do swej męskości. Chwilę się przed tym wahała, lecz jego mocny uścisk na włosach
uświadomił jej, że nie ma wyboru – objęła różowymi wargami główkę penisa i zlizała
z niego resztki nasienia.
Kassander ponownie zanurzył
się w ciepłą wodę. Był przyjemnie zaspokojony. Teraz Chloe mogła się zająć Tais.
Widząc entuzjazm, z jakim to uczyniła, Kassander pojął, że naprawdę kocha swoją
panią. Beotka uklęknęła w wannie twarzą do niego, tak że woda obmywała jej biodra.
Zanurzone płytko łono było doskonale widoczne – Macedończyk mógłby ją tam dotknąć,
gdyby tylko miał na to ochotę. Chloe uklękła za swą panią. Namydliła swe dłonie
i biust, po czym zaczęła ją myć.
Kassander spoglądał,
jak drobne ręce niewolnicy pieszczą piersi Tais, zmywając z nich resztki jego nasienia.
Czyniąc to, dziewczyna jednocześnie całowała Beotkę po szyi, ocierała się swym ciałem
o jej plecy i pupę. Poświęciła rozkosznym półkulom swej pani więcej uwagi, niż wymagało
ich umycie – szczupłe palce zaczęły masować brodawki, ściskać je między opuszkami,
lekko za nie pociągać. Teraz to jego kochanka wydawała z siebie jęki przyjemności.
Chloe niemal pośpiesznie
umyła jej brzuch. Zbliżała się bowiem do znacznie bardziej pociągającego miejsca
i trudno jej było powstrzymać niecierpliwość. Beocka piękność uniosła się nieco
wyżej, tak że jej łono znalazło się nad taflą wody. Niewolnica zaczęła je mydlić.
Kassander przyglądał się temu z bliska. Dłonie dziewczyny zataczały kręgi, pokrywając
podbrzusze jego kochanki pianą. W końcu jedna dłoń spłynęła niżej, a zręczny palec
przesunął się wzdłuż szparki – od dołu do góry, kończąc drogę na wieńczącym ją delikatnym
wybrzuszeniu. Gdy opuszka palca delikatnie je potarła, Tais westchnęła i omal nie
zakrztusiła się powietrzem.
Tym razem jednak Chloe
nie doprowadziła swej pani na szczyt rozkoszy. Jej dłoń zatrzymał bowiem Kassander,
chwytając ją za nadgarstek i odsuwając od łona Tais.
– Woda robi się letnia
– rzekł, – przenieśmy się na łóżko.
Beotka z trudem się podniosła
– mogło się wydawać, że nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Wyszła z balii, wspierając
się na Chloe. Kassander również się podniósł i ociekając wodą, wyszedł na dywan.
Udali się na łóżko, nawet
nie zadając sobie trudu wytarcia mokrych po kąpieli ciał. Chloe obróciła niemal
bezwładną Tais ku sobie i pchnęła ją mocno na pościel. Lśniące od wilgoci ciało
kobiety opadło na jedwabne prześcieradło. Niewolnica wsuwała się już na nią. Nachyliła
się i ucałowała rozchylone usta. Kassander przyglądał się temu, siadając na skraju
łóżka. Czuł, że jego podniecenie znów się wzmaga. Widok, który roztaczał się przed
jego oczami, pobudzał go coraz mocniej. Chloe z kolei zsuwała się coraz niżej, przyciskając
swe rozpalone wargi do szyi i dekoltu Beotki. Wtuliła twarz w jej piersi, całując
ją w zagłębieniu między nimi. Jej dłonie szeroko rozwarły drżące uda Tais. A języczek
sunął już w dół brzucha kobiety, zatrzymując się na chwilę przy pępku, który starannie
wylizała...
Macedończyk przyglądał
im się szeroko rozwartymi oczyma. Miał oto przed sobą ożywiony fresk z alkowy Aspazji.
Słynna poetka, Safona z wyspy Lesbos, której wiersze znał każdy Grek, była pieszczona
przez swą uczennicę, śliczną Mnasidike. Pozycja była wprawdzie
inna, lecz w gruncie rzeczy nie miało to żadnego znaczenia.
Beocka piękność odzyskała
na moment panowanie nad sobą. Podsunęła się nieco wyżej na łóżku. Rozchyliła uda
szeroko, tym razem już z własnej woli, ukazując swe mokre łono w pełnej okazałości.
Chloe nie czekała ani chwili dłużej. Uklękła na rozchylonych nogach, ukazując Macedończykowi
swój szczupły tyłeczek. I pochyliła głowę ku podbrzuszu Tais. Gdy wargi niewolnicy
złożyły długi pocałunek tuż nad szparką jej pani, z ust tamtej dobył się zduszony,
przeciągły krzyk.
Dla Kassandra było to
już zbyt wiele. Jego penis pulsował, boleśnie niemal nabrzmiały. Zerwał się z łoża
i uklęknął tuż za Mnasidike/Chloe. Chwycił jej biodra w mocne ręce i wdarł się w
jej ciasną pochwę trzema silnymi pchnięciami. Szczęśliwie pieszczoty, jakimi niewolnica
obdarzała Safonę/Tais, ją również podnieciły, sprawiając, że jej szparka ociekała
sokami. Mimo to, gdy długi i szeroki penis Kassandra wdzierał się w jej łono, krzyknęła
cicho z bólu, po czym mocniej wtuliła się w podbrzusze Beotki.
Macedończyk miał teraz
przed sobą niezwykły widok. W migotliwym blasku lamp oliwnych oglądał niewolnicę,
którą nabił właśnie na swą męskość, pochylającą się nad lśniącym łonem jego kochanki.
Patrzył to na tyłeczek młódki, na swoją wsuwającą się między jej wargi sromowe męskość,
to znów na drżące w przyspieszonym oddechu piersi Tais. Żądza płonęła w jego lędźwiach,
wypełniała jądra, niemal parzyła od środka członek. Mogła ją ugasić jedynie wilgoć
ze źródła między udami Chloe.
Poruszali się teraz w
jednym rytmie. Jego potężne pchnięcia wstrząsały ciałem dziewczyny, która zapamiętale
lizała szparkę Tais. Palce Kassandra wbijały się w biodra niewolnicy. Soki jej podniecenia
obmywały ze wszech stron jego męskość, pochwa zaś zaciskała się na nim, przynosząc
ulgę, lecz nie dając jeszcze spełnienia. Chloe zaczęła penetrować łono Beotki dwoma
palcami, sama zaś przywarła ustami do jej nabrzmiałej muszelki. Jej pieszczoty były
natarczywe, zachłanne – podobnie jak sztychy, którymi obdarzał ją Macedończyk.
Tais doszła pierwsza.
Jęk, który z siebie wydała, przeszedł w ochrypły krzyk rozkoszy. Twarz Chloe była
cała w jej sokach, które teraz płynęły swobodnie. Kassander wdarł się jeszcze kilka
razy w ciasne wnętrze niewolnicy i jego również ogarnął orgazm. Uwięziona między
nimi dziewczyna także drżała z przyjemności. Macedończyk wysunął pospiesznie penisa
z jej pulsującej pochwy i wytrysnął na jej pośladki i plecy.
Chloe osunęła się na
łóżko, wyczerpana. Głowę złożyła na podbrzuszu Tais. Kassander opadł na pościel
obok nich. Długo leżeli w milczeniu, czekając, aż ich oddech zwolni, a rozkosz dopali
się w lędźwiach. Mogła minąć godzina lub dwie. Księżyc przesuwał się po niebiosach,
widoczny przez odsłonięte okno, wychodzące na wewnętrzny dziedziniec.
Kassander obrócił się
twarzą ku Tais, która dłońmi głaskała teraz lśniące włosy Chloe. A potem zadał pytanie,
które nurtowało go od chwili, gdy zrozumiał, co łączy jego Beotkę z niewolnicą.
– Jak długo jesteście
kochankami?
Tais nie od razu odpowiedziała.
– Kupiłam ją tydzień
po twym wyjeździe – rzekła wreszcie. – Od razu wpadła mi w oko, jeszcze na targowisku.
Nie wiedziałam wtedy, że i ja się jej spodobałam. Trzy dni później pierwszy raz
uprawiałyśmy miłość. Nie planowałam tego... to się po prostu stało.
Znów była niespokojna,
niepewna jego reakcji. Kassander jednak uśmiechnął się pobłażliwie. Po dwóch intensywnych
orgazmach nie miał siły się na nią gniewać. Zresztą, gdyby się nad tym zastanowił,
co właściwie mógłby jej zarzucić? „Nie spałam w tym czasie z żadnym mężczyzną”,
powiedziała mu Tais. Czyż nie tego właśnie od niej wymagał? Romans z młodziutką
niewolnicą nic nie znaczył. Nie mógł jej przecież odmówić prawa do odrobiny rozrywki
pomiędzy jego wizytami.
– Chciałam ci powiedzieć
– dodała Tais – ale tak, byś się nie zezłościł...
– I udało ci się, moja
beocka czarnulko – zaśmiał się Kassander. Chloe uniosła głowę znad łona Tais i również
się uśmiechnęła. Jej wargi wciąż lśniły od soków Beotki.
* * *
Tej nocy kochali się
jeszcze raz. Najpierw na stanowcze żądanie Kassandra Tais i Chloe odegrały wiernie
scenę z fresku Aspazji – wzajemnie lizały swe szparki (Beotka na dole, młódka nad
nią), podczas gdy Macedończyk przyglądał się temu w natchnieniu. Gdy pani i niewolnica
doprowadziły się wzajemnie do orgazmu, zajęły się obie jego męskością. Uklękły obok
siebie, on zaś, stojąc na łóżku, na zmianę wsuwał się w usta to jednej, to drugiej.
Przerodziło się to w szczególny wyścig między dwoma niewiastami. Tais i Chloe konkurowały
o to, która z nich przyniesie mu spełnienie. Zwyciężyła w końcu Beotka – i Kassander
z przeciągłym jękiem wypełnił jej usta swoją spermą. Tais nie była jednak zachłanna
– przyciągnęła ku sobie Chloe i ucałowała ją namiętnie, dzieląc się swym trofeum.
W pełni zaspokojeni,
zasnęli we troje na łożu.
Godzinę później Kassander
obudził się, czując głęboki niepokój. W większości lamp wypaliła się oliwa, tliło
się jeszcze tylko kilka światełek w odległym kącie pomieszczenia. Macedończyk uniósł
się lekko na posłaniu i zamarł w bezruchu. Czekał, aż jego oczy przywykną do ciemności.
Cisza dudniła mu w uszach, niczym wojenne bębny. Wydawało się, że jedynym dźwiękiem
w sypialni był oddech dwóch śpiących kobiet. A jednak Kassander czuł, że coś jest
nie tak.
W ciągu długich lat spędzonych
w macedońskim wojsku, nauczył się ufać swym przeczuciom.
Jego spojrzenie przesunęło
się na ciemnoszary prostokąt okna wychodzącego na dziedziniec. Dostrzegł tam jakieś
poruszenie, prawie niezauważalne, lecz niebędące tylko nocną złudą. A potem w mrok
nocy wdarł się błysk. Tak światło księżyca odbija się na obnażonej klindze.
Ktoś ukrywał się za oknem.
Musiał wspiąć się na zewnętrzny mur, przejść po dachu budynku i spuścić się tutaj
na linie. Ktoś zadał sobie wiele trudu, by to uczynić. Bardzo wątpliwe, by był to
zwykły rabuś. Kassander bardzo ostrożnie, by nie zbudzić kobiet, podniósł się z
łoża. Miecz zostawił na stole – dobre dziesięć kroków dalej. Jeśli rzuci się w tamtą
stronę, postać skryta za oknem z łatwością przetnie mu drogę. A jednak nie było
innego wyjścia...
Macedończyk rzucił się
ku stołowi. Ciemniejszy niż noc kształt wpadł do komnaty. Zafurczał płaszcz. Kassander
usłyszał świst, z jakim oręż przecina powietrze. Coś wgryzło mu się boleśnie między
żebra. Warknął wściekle i zaatakował, bez broni, ale z furią rannego zwierzęcia.
W ciemności wpadł na swego wroga. Byli teraz zbyt blisko, by miecz mógł się przydać.
Kassander uderzył z całej siły pięścią – w miejsce, gdzie, jak się spodziewał, była
twarz napastnika. Trafił go w skroń. Tamten, padając, chwycił go za ramię. Obaj
zwalili się na podłogę.
Tais i Chloe, wyrwane
ze snu i zdezorientowane, narobiły wrzasku. W niczym to jednak Macedończykowi nie
pomogło. Kassander i tajemniczy napastnik przewalali się po podłodze, wymierzając
sobie nawzajem ciosy. Przeciwnik był szybki i zwinny, ale Macedończyk – znacznie
silniejszy. Ostatecznie właśnie to zdecydowało. Przycisnął wroga do podłoża, kolanem
przyduszając mu gardło i zadał z góry cios pięścią. I jeszcze jeden... Jeszcze jeden...
Do komnaty wpadli eunuchowie
z lampami oliwnymi. Kilka sekund później roztrącili ich Tryballowie z obnażonymi
mieczami.
Tais i Chloe krzyczały
w niebogłosy. Tryballowie szukali nowych nieprzyjaciół, biegając od okna do okna.
Rimusz podszedł do Kassandra i uniósł nad nim lampę. Macedończyk podniósł się na
nogi, stał jednak na nich chwiejnie. W migotliwym blasku wyglądał strasznie – nagi,
z długą raną między żebrami, z pięściami czerwonymi od krwi. U jego stóp w przedśmiertnych
drgawkach trzęsło się ciało napastnika. Jego twarz, zmiażdżona potężnymi ciosami,
nie przypominała niczego, co mogło być kiedyś człowiekiem.
„Teraz, po Gaugameli,
nawet Spartanie zmądrzeją”, powiedział Kassander na uczcie u Aspazji.
Martwy Spartiata u jego
stóp dobitnie świadczył o tym, że jednak nie zmądrzeli.

']]}
Bardzo dobre. Co prawda Kassandra nie darzę nadzwyczajną sympatią, to jednak dziewczyny - pierwsza klasa :)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że tak uważasz, Rito. W takim razie bardzo polubisz drugi cykl Opowieści helleńskiej, poświęcony właśnie rzeczonym dziewczynom :-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
M.A.
No właśnie biję się w piersi, że dopiero zaczęłam czytać Twoją sagę, ale nic straconego :) A do Kassandra pomału się przekonuję, szczególnie po przeczytaniu sceny między nim a Mnesarete. Uff - podniosłeś nią ciśnienie, zdecydowanie. Póki co moja ulubiona, a jeszcze wiele przede mną.
OdpowiedzUsuńRito, wierz mi, Autor się dopiero rozkręca :-) Jeszcze dużo bardzo ciekawej lektury przed Tobą....
OdpowiedzUsuńNie bij się w piersi, Rito, z pewnością na to nie zasługują :-) Cieszę się, że rozpoczęłaś przygodę z Opowieścią helleńską i mam nadzieję, że przyniesie Ci ona wiele czytelniczej przyjemności!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie
M.A.